Następnego dnia o 7 rano mieliśmy samolot na wyspę oddaloną o 500 km od stolicy Filipin.
Jak nas zapewniała hostessa dym był efektem awarii klimatyzacji… do dzisiaj jednak nie wiemy jaka była prawda :)
I już na lotnisku, zgodnie z planem bez awaryjnego lądowania, może dlatego że trasa była bardzo krótka a nasze docelowe lotnisko było jednoczesnie najbliższym miejscem zdatnym do lądowania.
Dalej już tylko wysepka Boracay na którą musimy jeszcze dopłynąć łodzią.
Aktualne zdjęcie z wczorajszego wieczoru :)